Dzień dobry we wtorek!
Cześć!
Jest to moja pierwsza notka na drugim z kolei blogu.
Wybrałam tę formę publikowania notek ponieważ jest mi znana już z pierwotnego bloga, który doprowadził mnie koniec końców do tego, żeby porzucić nadmierną samoanalizę i zacząć w końcu żyć tu i teraz.
W 2015 zostało u mnie zdiagnozowane Hashimoto, czyli przewlekłe zapalenie tarczycy które doprowadziło u mnie do sporych ubytków oraz w konsekwencji do niedoczynności tarczycy.
Przez rok, próbując wprowadzić chorobę w stan remisji próbowałam wszelakich sposobów leczenia. Nie obyło się bez hormonów oraz suplementacji. Koniec końców tarczyca, a właściwie jej strzępki (dosłownie!) zaczęły w miarę możliwości funkcjonować i najbardziej męczące mnie objawy- wypadające włosy, chroniczne zmęczenie, bóle stawów, stany depresyjne, mgły mózgowe, rozdrażnienie, tycie- zaczęły ustępować.
Niestety (a właściwie stety, ale o tym opowiem przy innej okazji) jestem osobą uzależnioną. Jako typowa osoba uzależniona ciężko mi było utrzymać ten stan rzeczy ponieważ uzależnienie i wewnętrzny brak akceptacji na chorobę zwyczajnie mi zawadzały, a autosabotaż powodował, że sama zniweczyłam wszelakie postępy.
Obecnie uważam moje hashimoto za błogosławieństwo. Po ostatniej wizycie u endokrynologa zrozumiałam ile wdzięczności mam za to, że popsuły mi się wyniki, i że znowu będę zmuszona mogła przejść na zdrowotną dietę eliminacyjną. Skończy się moje chodzenie na skróty i będę mogła oddać się w pełni mojej pasji kulinarnej i miłości do zdrowego jedzenia i stylu życia. I co w tym złego? Nie widzę minusów. Na całe szczęście kocham to robić a w dodatku mam wspierające otoczenie, mamę która również lubi wymyślić dla mnie jakiś ciekawy przepis oraz partnera, który robi wszystko, żebym przestrzegała zaleceń.
Czy mogę dodać coś więcej? :)
Komentarze
Prześlij komentarz